3
Shares
Pinterest Google+

Gdyby ktoś po przeczytaniu tego tekstu pomyślał, że mam jakąś depresję czy coś,.. to nie, nie mam 🙂 Zwyczajnie głęboko się zastanawiam nad tym wszystkim. Czym jest ta cała samotność treningowa? Jak wpływa na umysł, życie, pragnienia? Jak wiele rzeczy w życiu mija się niepostrzeżenie, bo treningi zabierają tak wiele czasu? Czy zyski są większe niż koszty i czy właściwie warto „nie mieć czasu”? Jeśli kiedyś będę miał ochotę napisać opowieść o triathlonie, to pewnie  nazwę ją właśnie Triathlonista – Pasja, Poświęcenie, Samotność?, bo to wszystko przeplata się ze sobą i jest dla mnie wystarczającą, najkrótszą definicją triathlonisty, jaką odczuwam.

Kiedy płynę, kiedy jadę na rowerze i kiedy biegnę. Zawsze jestem sam. Sam tutaj i teraz i w ogóle sam w całym moim świecie. Sam w swoich myślach, głowie i sercu. Zdarzenia w życiu mijam pędem, od chwili do chwili poruszam się między różnymi wydarzeniami. Samotne treningi i czas spędzany ze sobą powoduję, że czuję się sam wśród ludzi, sam w środku biegnącego tłumu na zawodach. Sam wśród tych wszystkich osób, które mijam jak pachołki w przedstartowym zgiełku. Wszystko jest tylko tłem. Błądząc gdzieś myślami, introwertycznie rozwiązując swoje problemy i myśli kierując egoistycznie na swoje JA. Na wynik, na ciało, na skupienie. I tak samo jest kiedy budzę się sam i idę na trening i kiedy sam kładę się spać po kolejnym, tym razem wieczornym treningu. Sam na sam ze sobą. Zawsze. Sam.

triathlonista triathlon, pasja, samotność, poświęcenie

Ale to nie jest taka prawdziwa samotność, bez wiary, marzeń i nadziei. To taka samotność czasowa. Samotność, tak na chwilę, amatora triathlonisty, który z pasji i poświęcenia brnie do swojego celu.  Biegnie i trenuje tak szybko, że mija życie jak wieczorny Express, nie zatrzymujący się na peronach między startem i metą. Mija wszystko w pośpiechu, nie do końca widząc sylwetki osób które się pojawiły, nie analizując zdarzeń, nie dostrzegając szczegółów. Wszystko ma swoją cenę, którą w końcu się zapłaci. Gdzieś też jest koniec. Pytanie, czy wynagrodzenie za poświęcenie będzie wystarczające? Czy radość z przekroczenia mety będzie w stanie oddać swoją energią zgubione gdzieś po drodze momenty życia? Te które płynęły obok nie dostrzegane. Nie wiem, czy to bardziej egoistyczne, czy destrukcyjne. A może końca nie ma, bo kiedy wejdziesz na swój szczyt, spojrzysz w górę i zobaczysz kolejny wierzchołek którego zapragniesz. Ale to wszystko co chcesz osiągnąć, ma swoje przeliczenie na pewną walutę. Czas.

W końcu czas jest wszystkim, co masz … i pewnego dnia może się okazać, że masz go mniej, niż sądzisz. Nie nadrobisz pewnych spraw. Nie cofniesz się żeby coś zmienić, naprawić. Nie odczytasz ponownie wskazówek na drogowskazach i nie wybierzesz innej drogi na skrzyżowaniu. Zawsze mam i zawsze miałem wybór, ale tylko jeden. Negocjowałem samemu ze sobą i podpisywałem cyrograf na kolejne dni, miesiące, lata. Drogi powrotnej przeważnie nie ma, bo czasu jak i wody w rzece, się nie zawróci.

Ostatnio czuję się jakoś samotniej na treningach. Nigdy mi to nie przeszkadzało, a teraz nieco bardziej odczuwam potrzebę towarzystwa. Może przez to, że teraz wszystkie treningi zajmują już 18 godzin tygodniowo. To prawie jeden dzień. Kiedy doliczę do tego pracę, sen … to właściwie wyczerpuję limit swoich godzin w całości. Mógłbym powiedzieć, że samotnym jest się tylko wtedy, gdy ma się na to czas, a ja nie mam czasu na tę samotność. Jednak czasami spoglądam w lewo i nikt nie sapie zdyszany razem ze mną, w tym samym rytmie oddechów. Spoglądam w prawo i nikt nie uśmiecha się głupkowato, kiedy pot zalewa mu oczy na 20 kilometrze. Wygląda na to, że i samotne wilki czasami potrzebują stada. Bo właśnie czasami mam dość tej samotności, mówienia do siebie, kiedy po dwóch godzinach biegu potrzebuję małej otuchy, kopa w tyłek, albo zwyczajnie żeby ktoś powiedział „Już tylko godzinka. Dobiegamy”. Albo chociaż milczeć z kimś też byłoby dobrze. W końcu, to zupełnie coś innego kiedy słyszysz tupot stóp drugiej osoby i widzisz dwie pary batów, a nie tylko te jedne, swoje, zdarte. Mijam po drodze innych, przeważnie też samotnych. Bo ci którzy biegną daleko zwykle nie myślą o towarzystwie. Mało kto pobiegnie ich tempem, mało kto zabiegnie tak daleko, mało komu się chce.

triathlonista pasja samotność bieganie triathlon

Właściwie nie wiem po co się nad tym zastanawiam. Po co szukam wytłumaczenia. Motam się czasami jak inni szukając wyjaśnienia pewnych spraw i marnuję czas, żeby odpowiedzieć sobie na pytanie dlaczego. Tylko wiem, że niekiedy nie ma żadnego dlaczego. Jak bardzo przykro by to nie brzmiało, to może właśnie do tego sprowadza się całe wytłumaczenie. Do tego, że wybrało się znów tę samą drogę, na której wiesz kiedy mija kolejny kilometr i odtwarzasz ją w pamięci zanim jeszcze dobiegniesz do konkretnego miejsca. W uszach wciąż brzmią te same melodie, których kolejność i rytm znasz już na pamięć. Biegasz codziennie po tych samych betonowych chodnikach, skąpo rozjaśnianych przez żółte światła latarni i pogrążasz się tak głęboko w sobie, że czujesz się jak w szczelnej zamkniętej bańce do której dochodzą tylko echa rzeczywistości. I znów łapiesz się na tym, że śmiejesz się z żartu który właśnie powiedziałeś sam do siebie. Ja pie#@&%e.

I może przez to właśnie, każdy z nas, drobnych szaleńców, outsiderów, ludzi bez czasu, nauczył się pragnąć i czerpać z chwil więcej. Tych drobnych momentów w których jest obecny tu i teraz. Ciałem i duchem. Nie delektujemy się zapachem powoli i delikatnie. Bierzemy go w całości, wysysamy całą esencję, karmiąc się nią i wypełniając na raz. Mimo wszystko chce się, żeby ten czas mijał z kimś. Żeby spędzać z nim każdą minutę treningu i życia aż do końca. A najlepiej żeby ten czas był dodatkowy, nie pozbawiający cię tego bardziej realnego życia. Żeby widzieć, obserwować, czuć. Tak jakby treningi były tylko wirtualne, a zawody realne. Żeby nie tracić, a tylko zyskiwać momenty warte zapamiętania.

Wszyscy jesteśmy wariatami, wszyscy wybieramy bardziej istnieć niż być. Chociaż chcemy być lepsi, być wytrzymalsi, być szybsi, być … to jednak tylko istniejemy. Brakuje nas przy piwku w barze, zostawiamy wolne miejsce przy rodzinnym obiedzie, nie ma nas kiedy inni potrzebują naszej obecności. Zanikamy dla innych, nie wypełniamy ich przestrzeni. Istniejemy coraz bardziej tylko w swoim świecie.

triathlonista. pasja. poświęcenie. samotność. triathlon

http://go.pl.bbelements.com/please/code?j-23641.1.24.1.0.0._blank
Previous post

ALE Creatine - Jak Działa Kreatyna I Czy Warto Ją Stosować

Next post

Pomysły Na Picie Wody ze Smakiem

9 komentarzy

  1. 24 lutego 2016 at 17:09 — Odpowiedz

    Smutne jest to co napisałeś i chyba sport przestaje być dla Ciebie tym nr 1. Rób to co czujesz i czego potrzebujesz! Jeśli pragniesz teraz gwaru obok, to idź w tłum. Przekonaj się, czy to rzeczywiście jest Twój klimat. Bo przecież może się okazać, że jednak lepiej Ci w Twojej osobistej enklawie. I jak piszesz, życie zbyt szybko biegnie, żeby się zastanowić, co i jak robić. Rób, to na co w tej chwili masz ochotę i to czego teraz chcesz. Daj sobie szczęście. Bo czy nie to jest najważniejsze? Szczęście 🙂

  2. 26 lutego 2016 at 04:44 — Odpowiedz

    Piękny refleksyjny wpis Piotrze, jakże często się gubimy w poszukiwaniu swojej drogi – błądzimy. Wiadomo, ze sport wciąga, absorbuje – aby dobrze lub bardzo dobrze przygotować się do danych zawodów – to wymaga czasu. Pytanie tylko – czy jeśli wybralibyśmy inną drogę – to też byśmy nie tęsknili za czymś innym, odległym – nie szacowalibyśmy też czasu – który „zmarnowalibyśmy” na inne rzeczy. Myślę, że człowiek zawsze będzie odczuwać niedosyt i tęsknotę …za czymś odległym, za czymś co nie zawsze sam do końca potrafi sprecyzować.

  3. Ewelina
    27 lutego 2016 at 13:32 — Odpowiedz

    dziękuję:) tak bardzo prawdziwe 🙂

  4. Tomek
    1 marca 2016 at 10:26 — Odpowiedz

    Też tak czułem. Odpuściłem. Teraz bawię się sportem, na spokojnie, chłonę go. Nie jeżdżę co tydzień na zawody, itp. fajnie jest. Rodzina stała się bardziej kompletna. Pozdrawiam.

  5. Marta
    1 marca 2016 at 22:09 — Odpowiedz

    Rozumiem Cie, odpuscilam po kilku latach. Sport jest szlifowaniem samego siebie dla siebie a szczescie daja bliskie relacje i dawanie innej osobie siebie w codziennosci. Na to tez trzeba miec czas, checi, umiejetnosci i raczej czasowka na 10 km niewiele pomoze. Tak ja to widze, pozdrawiam cie serdecznie Marta

  6. władek
    4 maja 2016 at 21:44 — Odpowiedz

    najważniejsze żeby być zadowolonym z tego co robie ,żeby sprawiało mi to przyjemność trzeba się nie żle gimnastykować i znaleźć czas dla rodziny ,jak kiedyś gdzieś przeczytałem cyt. jak masz mało czasu to sobie jeszcze cos dodaj do zajęc w czasie dnia. A jaka jest przyjemność i satysfakcja jak rodzina jest ze mna na zawodach i słysze w tłumie okrzyki -idziesz tata idziesz.

  7. Julian
    30 maja 2016 at 12:24 — Odpowiedz

    Ciekawy tekst. Mam podobne odczucia, chociaż poświęciłem się nie sportowi, a artystycznym zapędom – zeszły trzy lata, i u mnie niestety bez większych sukcesów. Najgorszy jest dylemat – czy cisnąć dalej w tym kierunku, bo może sukces jest za rogiem, czy lepiej przestać się łudzić i poświęcić ten czas na „normalne życie”. Aktualnie planuję odpuścić przynajmniej na jakiś czas i zobaczyć, co będzie się działo – po kilku miesiącach zawsze mozna wrócić do samotniczych starań… Taki „test” to chyba najlepsza opcja.

  8. ....
    25 października 2016 at 07:22 — Odpowiedz

    Ten kto plynie/jedzie/biegnie najszybciej zawsze plynie/jedzie/biegnie samotnie czego tu nie rozumiec skup sie na zapierdalaniu poco tyle mysli to cie bardziej okrada z czasu meczy demotywuje moze czas sie odciac od myslenia o czasie i samotnosci milego zapierdalania na rekordy zyciowy zycze

  9. Kuba
    24 listopada 2016 at 13:35 — Odpowiedz

    Pytanie jest co jest celem. Czy celem jest np. utrzymanie się i zarobek a sport jest płaszczyzną na której to ma się zrealizować, czy może sport jest celem samym w sobie, a jeśli tak to czy ma jakiś koniec, a może sport jest formą dbania o stan swojego ciała i umysłu, szlifowanie chatakteru, zaprawianie się w boju i sztuce cierpienia, wyrzeczeń…? Czy on jest celem czy dodatkiem w moim życiu? I nie wydaje mi się żeby podejściw stylu – nie myśleć za wiele – było słuszne. Bo ono przypomina wtedy taki bezrefleksyjny ciąg… jak ciąg zakupowy albo i alkoholowy. Zacznę, spodoba mi się, zanęci mnie kolejny cel, super, cisnę jeszcze bardziej, udaje się, cel osiągnięty, łechce dalej… i przecież cały czas mi się podoba, cały czas robię coś dobrego w sumie, kupuję kolejną ładną rzecz albo piję kolejnego shota bo czuję się po nim jeszcze fajniej. ALe tak naprawdę nie wiem gdzie to zmierza i można się za późno ocknąć z pustym portfelem, kacem albo uzależnieniem, i… półką pełną pucharów, rekordów na koncie i świetnym organizmem w… pustym życiu. Ano właśnie… Dlatego lepiej się zastanawiać. Może postawić sobie granice albo odpowiedno umiejscowić sport w swoim życiu…? Bo lecieć żeby lecieć… to trochę zaczyna wyglądać jak ucieczka przez życiem, a nie życie biegiem, czy „biegiem przez życie” za Skarżyńskim 🙂 Na pytanie po co żyję i co w tym życiu jest najważniejsze każdy musi znaleźć odpowiedź sam, ale prawda jest taka, że zawodowych sportowców jest niewielu, takich dla których sensem życia jest zapisać się na kartach historii (choćby i rodzinnej) jakimś rekordem i to im wystarczy żeby czuś się w chwili śmierci spełnionymi… też nie takie stada chyba. Większość oczekuje od życia innych rzeczy, chciałoby poczuć spełnienie w innych… i do tego wielu sferach. I wtedy wbicie się za bardzo coś, co samo w sobie nie jest złe, a wręcz dobre, ale nam to ograniczy… niekoniecznie jest słuszne.

    Mogę podać tu swój przykład, jako osoby amatorsko biegającej już 18 lat. Początek jest super, bo czasu jest dużo, a widzimy same benefity. Z czasem zaczynają kusić rekordy i ma się ambicje je łamać, co tylko pomaga się motywować. Mówiłem sobie – ekstra, mam ambicję pobić tyle a tyle, i dzięki temu mam większą ochotę trenować, a przecież tylko poprawia to moje zdrowie, uczy charakteru. Po jednym rekordzie przychodzą następne, wciąż widzimy korzyści, ileż radochy, ile przeżyć, ile piękna na długich treningach gdzieś daleko za miastem… Aż w końcu jak zacząłem dobijać do 80-100km biegu tygodniowo i 3h w maratonie dotarło do mnie, że to nie będzie tak bez końca. Że czasu nie starcza mi już na inne rzeczy na które również mam ochotę i które tez są dla mnie ważne. No ale ciężko przestać, bo przecież już tyle zainwestowałem… Przychodzą kryzysy… bo im dalej w las tym większe potrzebne przyrosty pracy a tym mniejsze w stosunku do nich korzyści, silnie zaburzane przez elementy losowe… I pomyślałem – miało to kształtować mnie jako człowieka dla życia, podcza gdy już tego życia nie ma, a ja dalej się „kształtuję”! I zmieniłem nastawienie. Nie cisnę już tak. Pewnie że forma spadła nieco, ale bez przesady. Mam dużo doświadczenia teraz, znam swój organizm i swoje ciało… wiem jak szybko wrócić do dobrej wydolności i sprawności… ale to nie jest już dla mnie najważniejsze. Ani się z tego nie będę utrzymywał przecież, ani to nie jest mi niezbędne do życia żeby mieć jakiś tam wynik… Więc biegam tyle na ile mam ochotę i wolny czas. Nie dramatyzuję, nie narzucam sobie żelaznego reżimu trenowania. Więcej luzu, swobody i radości z biegu. Mam frajdę z powolnego biegu z kolegą, a nie tak jak kiedyś – „niee.. słuchaj, ja sam pobiegnę, bo wiesz, ja muszę trzymać tempo, to już trening, to nie dla przyjemności…” 🙂 Czasem można, pewnie… ale uzależnianie się od coraz to lepszych wyników to ślepa uliczka. Zdrowie przy umiarkowanej ilości biegania mam takie samo jak nie lepsze (brak nadwerężeń) niż kiedy cisnąłem na maksa, swoboda dysponowania czasem daje mi dużo przyjemności, a że nie pobiegne maratonu w 2:50, albo dychy w 35min… no trudno. Za to pobiegłem już w 3:04 i w 36:50 i to mi starczy. Może potrzebne było dojść tam, żeby teraz spokojnie odpuścić…? może… Tak jak dystansu do pieniędzy trudno nabrać komuś kto nigdy nie miał wystarczająco, a kiedy przeszedł już etap ich wystarczającej ilości to łątwiej potrafi uznać, że one niewiele znaczą… Może to tak. Ale podsumowując uważam, że to żaden dyshonor odpuścić. Pytanie początkowe – jaki sport miał mieć cel w naszym życiu? Jeśi już daleko do niego odbiegł… to warto chyba przywrócić mu należne miejsce, i tyle, żeby się nie wkręcić bez zastanowienia a potem żałować czasu…
    Pozdrawiam.

Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *