2
Shares
Pinterest Google+

W mieście Beatlesów, nad pięknymi doków wodami, tuż obok młyńskiego koła i muzeum Titanica ten bieg się odbywa. Małe jachty falują na srebrzystych, połyskujących wodach zatoki portowej, tuż obok dużych wycieczkowych promów. To tu, gdzie gwar, gdzie szum, gdzie radości atmosfera pełna niesie się wraz z rock and rollową muzyką. Liverpool jest piękny, a duch dzisiejszej imprezy Rock and Roll Marathon jest tak wyjątkowy i tak pozytywny, że uśmiech z lica zejść nie chce.

Podobno człowiek uczy się na błędach i powinienem wstydzić się bez miary, że po raz kolejny nieprzygotowany startuję w Maratonie. Jeszcze niedawno na Facebookowych grupach czytałem wyjątkowy hejt jednego z jak mniemam zapatrzonego w siebie biegofila z jakimś małym kompleksem. Zajadły wróg nie dysponowanych uczestników maratonu wręcz atakował za to, że startują w biegach i do mety muszą dojść zamiast dobiec. Dziś zapewne dołączę do tej grypy, która co czas jakiś, trucht w marsz przekształca. Rock and Roll Marathon mnie pokusił i zgrzeszyłem, a ja grzeszyć uwielbiam 🙂

Bo czy faktycznie można nazwać błędem chęć zabawy? Przeżycia kilku chwil ulotnych pełnych radości, uśmiechu, wyczerpującego testu własnego organizmu i niezapomnianych wrażeń? Nie sądzę. Chociaż nigdy jeszcze nie byłem tak przerażony faktem, że muszę ZNOWU przebiec 42 kilometry, to w duszy ciągle gra muzyka. Pokusiło mnie, rozgrzało i piekielnie chciałem wziąć udział w tym biegu. Jestem grzesznikiem, który połasił się na jedną z ciekawszych imprez biegowych, jaką jest Rock and Roll Marathon i nie żałuję.

Rock and Roll Marathon – Tu Ciągle Gra Muzyka

Parkuję samochód, gdzieś w oddali. Tak poza trasą, żeby móc wyjechać po biegu bez problemów i nie przeciskać się przez zatłoczone popołudniowe ulice. Ten Słoneczny poranek, zdaje się być nieco chłodny, ale to tylko złudzenie, bo widać, że to będzie upalny dzień. Drogi wyłączone z ruchu. Ciszaaa. Tylko gdzieś w oddali słychać energiczną muzykę. Grupki ludzi maszerują w pośpiechu w stronę z której dochodzą rytmiczne dźwięki. Omijają owiniętych w śpiwory i jeszcze śpiących bezdomnych, którzy rozłożyli się na środku chodników. Kolorowe koszulki migają między budynkami i zielonymi drzewami pobliskich ogrodów. Słychać coraz głośniejszy rumor i cichy szelest butów ocierających się o brukowanych chodników powierzchnię. Coś mi mówi, że to będzie dobry, chociaż ciężki dzień. 

Start jest w Dokach, tuż obok muzeum Titanica. Koło wielkiego młyńskiego koła wznoszącego się nad malowniczymi alejkami i zbiornikami wodnymi. Jest tłum ludzi. Jest kolorowo. Jest tak, jak powinno być na tego typu festynach. I teraz drepcze w miejscu w takt melodii niosącej się z pobliskiego głośnika. Stoję w swojej strefie i czekam. Nasłuchuję, kiedy w końcu się zacznie. Start podzielony jest na fale tak, żeby nie ściskać się w wąskich uliczkach miasta. Muzyka na starcie jest mocna, energiczna, komentatorzy zagrzewają uczestników i odliczają każdą kolejną falę startujących biegaczy. Czuję ekscytację , 3…2…1… start. Ruszyliśmy, a po obu stronach drogi rzesze kibiców wiwatują i robią zdjęcia. Tak się zaczyna jeden z moich najmilszych i najcięższych biegów w Anglii. 

Biegnij, Zwiedzaj, Się Nie podawaj

Krok za krokiem z uśmiechem na ustach biegnę przez miasto. Szerokie ulice, zmieniają się w wąskie uliczki, te w alejki parkowe, żeby później znów wybiec na szerokie drogi Liverpoolu. Trasa jest przepiękna. Nie jest prosta. Jest pełna podbiegów na których ludzie tracą momentami siły. Zataczamy pętle wokół Stadionu Evertonu. Kilka kilometrów dalej przebiegamy przez Chinatown, a później w oddali widzę stadion FC Liverpool. Po chwili jestem już w jego wnętrzu biegnąc przez szatnie i pstrykając sobie zdjęcia na tle czerownego stadionu tej legendarnej drużyny. Uskrzydlony chwilowo tą jakże doniosłą i magiczną chwilą, podróżuję dalej wzdłuż wyznaczonej trasy. Wsłuchuję się w stukot butów i muzykę graną przez rozstawione na trasie kapele. To daję pozytywne skutki. Podoba mi się. 

Żar leje się z nieba. Twarz i ramiona zaczynają czerwienieć i czuje jak pieką. Niestety wiem, że już słabnę. Oblewam się wodą z butelek, żeby chociaż na moment…, chociaż na chwilę schłodzić przemęczone mięśnie. Ostatnie kilometry są coraz dłuższe, jakby ktoś złośliwie przestawiał kolejne znaczniki tak, by odwlec dobiegnięcie do mety. Jednak w końcu po długich walkach ze samym sobą, ze zmęczeniem, z bólem i z chęcią popełnienia seppuku dobiegam do mety Rock and Roll Marathon. Bosko. Odbieram wspaniały kolorowy medal z ruchomym młyńskim kołem. Kładę się tuż przy barierkach szukając odrobiny cienia u podnóży gapiów wyczekujących kolejnych biegaczy na mecie. Dawno nie widziałem tylu biegaczy zabranych przez karetki, wymiotujących i padających na twarz tuż po przebiegnięciu linii finiszu. Ciekawy widok.

Świetna impreza, świetnie spędzony czas i to był również pierwszy maraton ukończony przez moich rodziców. Tym razem zakończyłem bieg z przyrzeczeniem wewnętrznym, że nie pobiegnę w maratonie dopóki znów nie zacznę regularnie biegać. Może w przyszłym roku Loch Ness Maraton wokół jeziora z potworem? 

http://go.pl.bbelements.com/please/code?j-23641.1.24.1.0.0._blank
Previous post

Manchester Marathon - Mój Pierwszy Zagraniczny Marathon

Next post

This is the most recent story.

No Comment

Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *