0
Shares
Pinterest Google+

Na starcie Poznań Maraton były tysiące biegaczy, bo ten dystans przyciąga. Tysiące marzeń, bo każdy z nich ma swój cel i tysiące różnych historii, bo przecież każdy biegacz na maratonie, to zupełnie inna opowieść.

To miał być jego pierwszy raz. Nie musiał tego mówić, jego pobladła twarz i drżące dłonie mówiły to za niego. Oczy były schowane pod przyciemnionymi okularami, ale z pewnością był w nich lęk i ekscytacja, mieszające się ze sobą, jak kolory rozlanych w kałuży, kropel ropy. Kolejka powoli przesuwała się do przodu, podpis, wydanie pakietu i następny. W strefie panowała przerażająca cisza, nikt nie krzyczał, nikt się nie śmiał, a może to on w głębokim skupieniu, wpatrując się w przyszłość nie słyszał rozmów rozchodzących się wśród otaczających go wystaw targowych, dla biegaczy. Hipnotyczne szepty i spokojny rytm tego dnia wyłączyły jego zmysły. W końcu odebrał swój pakiet startowy z czarno niebieskim plecakiem i białą koszulką, z wielkim numerem 15 na przodzie. Wiedział, że 15 Poznań Maraton się dla niego zaczął i już czas odliczać godziny.

Wstał z krzesła odkładając talerz z niedokończonym spaghetti. Spojrzał ostatni raz na telewizję, leciały końcowe napisy jakiegoś filmu, którego nawet nie starał się zrozumieć. Musiał zacząć się szykować. Jego pierwszy bieg maratoński. Wszystko niczym rytualne składanie ofiary. W ciszy i patetycznym nastroju kolekcjonował swoje rzeczy na jutrzejszy dzień. Niczego nie może zapomnieć. Wszystko musi mieć sens i być gotowe. Ubrania złożone w kostkę, buty równo postawione obok łóżka. Do paska przypięty już numer startowy, a w kieszonki wsadzone żele energetyczne – tak na wszelki wypadek, nigdy nie wiadomo kiedy nadejdzie kryzys. 

W końcu mógł się położyć, ale zasnąć nie potrafił. Wyświetlacz szyderczo i bezlitośnie odliczał kolejne minuty. Jego delikatne światło zdawało się rozświetlać ciemność w całej sypialni. „Dlaczego to cholerstwo tak mocno świeci?!” Wstał i nerwowym ruchem wyrwał kabel zasilacza, podszedł do szafki i wziął kolejne dwie tabletki nasenne. Ziołowe świństwo, które pewnie nie działa, ale dobrze łyknąć jakieś placebo. Narastająca nerwowość, coraz bardziej pozbawiała go chęci na sen. Pewnie znowu zaśnie nad ranem, kiedy będzie trzeba już wstawać, kiedy szarość wpadająca przez okno, zacznie mamić umysł i zmęczenie weźmie górę nad emocjami.

Dwie bułki, grubo posmarowane dżemem malinowym, zawsze potrafią poprawić humor. Do tego zapach bardzo słodkiej herbaty miętowej rozchodzący się po kuchni i w żyłach krew nabiera szybkości. Zostały tylko trzy godziny i 15 Poznań Maraton się rozpocznie. Próbował się zastanowić, jaki dziś ma dzień, czy kondycja pozwoli utrzymać założone wcześniej tempo. Niestety nie wiedział. Wszystkie zadawane pytania, kończyły się wymownym odruchem, świadczącym o tym, że nie dał rady przełknąć w myślach tego dystansu. „Co będzie, to będzie. Czas jechać na start”

Świetnie się zaczyna. Tuż przed miejscem parkingowym, w którym chciał się zatrzymać usłyszał sygnał policyjny i długie światła radiowozu odbijające się we wstecznym lusterku. „Cholera”.

„Dzień dobry, nie ma pan tylnego światła. Dlatego ta kontrola. Poproszę dokumenty.”

Wyszedł z samochodu, żeby sięgnąć portfel z torby. Ubrany już w strój startowy i z przypiętym numerem wzbudził pewne podejrzenie w policjancie.

„Jedzie Pan na maraton?”

Po krótkiej rozmowie i kontroli, policjant zwrócił dokumenty i nakazał wymianę żarówki. Obyło się bez mandatu. Chyba znów zacznie lubić policję.

W końcu zaparkował niedaleko startu poznańskiego maratonu. Wysiadł z samochodu i niepewnym krokiem przemaszerował po kostce chodnikowej, między którą wyrastała pożółkła trawa. Stanął wśród kolorowego tłumu nieznanych mu ludzi i rozejrzał się, czując jak kręci mu się w głowie. Dopadły go dziwne przemyślenia. Lęk, że może być gorszy niż jego wyobrażenie o sobie. Że bariera 4 godzin będzie nie do zdobycia, że przegra ze słabością i tym dystansem, do którego nigdy nawet się nie zbliżył.

„Z czego oni się tak cieszą? Czeka ich wszystkich kilka godzin wysiłku, w którym nadejdą chwile zwątpienia, bóle i niejednokrotnie omdlenia. Ilu z nich teraz pełnych ekscytacji i uśmiechu nie ukończy biegu? Pewnie nikt o tym nie myśli. Bo przecież my ludzie niezniszczalni w swej wyobraźni nie znamy pojęcia porażki i swojej niemocy dopóki nas nie dopadnie.  Przyczai się, poczeka na naszą słabość, pomyłkę, chwilę nieuwagi i rzuci się z impetem dzikiego kota, raniąc i tłamsząc nasze aspirację. Z kolan można się podnieść, ale co jeśli padniesz na twarz, poczujesz zimną ziemię pod swoim ciałem. Już nie pobiegniesz.”

To własnie tego bał się najbardziej, upadku po którym ratownicy będą musieli przybiec mu z pomocą. W końcu widział tych zadziornych biegaczy nie raz. Szybkich, pewnych siebie, kończących na marginesie trasy biegowej. Leżeli bezradni i bezsilni, a bezlitosny los właśnie odbierał im szansę na dalsze bieganie. Przecenili swoje moce.

15 Poznań Maraton czas zacząć

A imię jego Osiemnaście i Dziewięćdziesiąt. I spojrzał przed siebie w tłoczący się przed linią startu tłum ludzi oczekujących na pierwszy wystrzał. I w końcu rozpoczęło się głośne komputerowe odliczanie, po którym zabrzmiała melodia, przez którą na skórze pojawiła się gęsia skórka. Pierwsza linia wychudzonych reprezentantów kenijskich obozów pracy wystartowała. Nie mógł się nadziwić, że kości i skóra same potrafią tak szybko biegać. Cienkie postaci bardzo szybko zniknęły na tle słupków i znaków drogowych.  Leniwa dżdżownica zaczęła się rozciągać i w końcu on także ruszył. I kroczył spokojnym cichym marszem. Jeszcze nie można było się rozpędzać, wciąż ścisk był zbyt wielki. Spoglądał w dół, na stopy, gąszcz poruszających się kolorowych butów powoli przyśpieszał, aż w końcu w uszach zabrzmiał rytmiczny stukot stóp na rozgrzanym asfalcie.

Drgania wywołane przez 14000  biegowych butów przenosiły się na całe ciało. Miał wrażenie, że to on drży, że emocje tak nim kołyszą. Na ciele znów pojawiły się ciarki. To dopiero początek, ale już poczuł majestatyczne uczucia związane z tym wydarzeniem. Ten pierwszy raz jest niewdzięczny. Idziesz w nieznane, niby wiesz co Cię czeka na mecie, ale najbardziej tajemnicze jest to, co wydarzy się w trakcie podróży. Nie wiedział na co może sobie pozwolić. Żył ze sobą już tak długo, ale wciąż nie poznał się wystarczająco dobrze. Wyciągnął słuchawki z uszu, nie chciał już słuchać muzyki, tylko hipnotycznego tupotu i gwaru, niosącego do przodu jak skrzydła. W powietrzu unosił się zapach adrenaliny, a może to był tylko zapach spalin, potu i kurzu. To nie miało znaczenia. 

Na trzecim kilometrze na środku drogi biegł bosy koleś z polską flaga i wciąż mówił od rzeczy. To pewnie któryś z tych szaleńczych biegowych proroków, którzy co prawda nie przebiegną całego dystansu, jednak lubią zdopingować innych. Zawsze jednak lepszy bosy prorok z flagą niż fanatyczny islamista z misją szerzenia swojej bombowej religii. Dziesiąty kilometr to z kolei spotkanie z „rycerzem kwiatów”, starszego dobrze zbudowanego faceta, z kwiecistymi bransoletkami i hawajskim naszyjnikiem. Biegł poboczem i krzyczał do kibiców „Brawo, brawo!!” Pierwsze 10 kilometrów było dla niego najprzyjemniejsze, spotkania z ciekawymi osobowościami, bieg przez murawę stadionu Lecha Poznań i ogólne poczucie świeżości mięśni swoich. Dalsza droga, to droga w której wciąż mu się zdawało, że dobiegnięcie do mety będzie tylko formalnością.

Połowa dystansu pokonana w zakładanym tempie 5:14 / km, biały balonik pacmakera wciąż powiewał gdzieś daleko za nim. Świadomość, że teraz zaczyna się prawdziwy bieg, nie chciała go opuścić. Wiedział, że musi się pozbyć tych myśli. Rozglądał się na boki, machając do cieszących się twarzy kibiców. W uszach ponownie musiała zabrzmieć muzyka. Potrzebował ostrego, pobudzającego rytmu. Doładowania mocy,  której teraz będzie ubywać znacznie szybciej. Ściana miała objawić się w ciągu najbliższych kilometrów i chciał nabrać prędkości, dzięki której ją rozbije w pył. Trzydziestu gramowe żele energetyczne które miał wsysać, co każde 10 kilometrów, chyba trochę pomagały. W każdym razie wciąż czuł się dobrze.

Od 30 kilometra, kiedy pojawiły się wzgórza i doliny na tyłach poznańskiej Malty i Nowego Zoo, coś się zmieniło, coś pękło. Prędkość zamiast rosnąć, wciąż się obniżała i nie pomagały tutaj chęci, nie pomagały próby przyśpieszenia. W stopie znów coś strzeliło, odezwała się niedoleczona kontuzja. Ukłucia w śródstopiu odbierały ochotę do stawiania kolejnych kroków. Dopiero co na trzydziestym kilometrze zatrzymał się w strefie wodopoju, a już nie może się doczekać aż nadejdzie 35 kilometr i znów będzie można się napić.  

 

Kiedy żadna motywacja nie jest już skuteczna

Kiedy walcząc ze słabnącym ciałem pokonał 35 kilometr maratonu w uszach akurat zabrzmiał kawałek Guns’n’Roses –  In the jungle, welcome to the jungle. Watch it bring you to your shananananana knees, knees. Ohh, I wanna watch you bleed ! – Jak to bardzo pasuje do tej chwili, kiedy z każdym kolejnym krokiem, chciał paść na kolana. Dżungla ludzi, poszczególne jednostki, które z obolałymi nogami niby biegły, ale bardziej stały jak te drzewa. Mijał ich, ale powoli i on stawał się jednym z tych sypiących się konarów. Chociaż ból jaki rozrywał mięśnie łydek zaczynał wydawać się nie do zniesienia, nie było myśli o zakończeniu biegu. Pomyślał, że może lepiej było spróbować wieszania na hakach. Podwiesić się na kilka minut. Podobno boli tylko chwilę, później organizm wydziela taką ilość endorfin, że ból przemija. Jednak nie – on musiał wybrać maraton. Katować się już ponad 3 godziny i wystawiać na próbę każdy mały mięsień zlanego potem ciała.

Na szczęście w kieszonce pasa były jeszcze dwa strzały, dwa małe pociski, które mogą zakończyć to wszystko, a przynajmniej taką miał nadzieję. Rosyjscy szpiedzy mieli kapsułkę z cyjankiem, żeby zakończyć szybko swoje życie, kiedy nadejdzie niebezpieczeństwo. Tak samo on przygotował dla siebie tę ostatnią alternatywę. Wyciągnął i wlał w siebie szot magnezu i guarany. Żeby tylko skurcze przestały doskwierać. Nie pomogło. Widocznie cyjanek byłby jednak lepszy. Nie miał już wyjścia, a jedynym rozwiązaniem, jakie mogło to wszystko zakończyć było dobiegnięcie do mety. 

Od 38 kilometra zatopił się w swoim świecie myśli. Odpłynął, żeby odegnać ból. Bo to już nie był bieg, tylko 4 kilometry ciągłego bólu, które były spiętrzeniem drobnych urazów, po pokonaniu ciężkiej trasy jaka została wyznaczona na 15 Poznań Maraton. Krętej drogi z podbiegami, pochyłami i 4000 kalorii, które zostały po drodze. Nie doznał jednak oczyszczenia, swoistego katharsis, nie było też objawienia i z pewnością nie była to też jego Golgota, po której mógłby być wzięty żywcem do nieba. Jego światopogląd też nie odwrócił się do góry nogami, po prostu stawił czoła swojej słabości, która objawiła się na końcu tej drogi. Bo to nie był spacer po kwiecistej łące, tylko walka o czas, o każdy kolejny kilometr, na twardej asfaltowej trasie, na której z każdym krokiem zostawia się małą cząstkę siebie. Kiedy zobaczył dużą białą tablicę z 42 kilometrem, nadeszła ulga. Pojawił się lekki uśmiech i świadomość, że zostało już tylko kilka małych kroków do mety maratonu. Nogi chociaż wciąż były ciężkimi, obolałymi, wlokącymi się workami ziemniaków, to jednak przestał przez chwilę czuć ich opór. 

Kiedy wbiegał na metę czas brutto wskazywał 3 godziny 58 minut. Poczuł olbrzymią radość, że dał radę zmieścić się w 4 godzinach. Przebiegnięcie przez metę Poznańskiego Maratonu wyzwoliło też inne uczucia, właściwie to eksplozję różnych wzruszeń i poruszeń, powodujących napływanie łez do oczu. I chociaż nie zapłakał, bo przecież faceci nie zraszają oczu swoich łzami, to jednak był szczęśliwy, że tego dnia pokonał siebie, pokonał ból i zrobił kolejny mały krok do pokonania w przyszłości całego dystansu Triathlon Ironman. Teraz już uświadomił sobie jak daleki jest ten cel. Czas netto 3:56:21 Na jego szyi zawisł medal i 15 Poznań Maraton niby już się zakończył, przynajmniej dla niego. Jednak w rzeczywistości bieg nie kończy się z chwilą przekroczenia mety. Trwa jeszcze kilka dni, tak długo jak ból mięśni przypomina o tym piekielnym biegowym wydarzeniu.

Nie. Bieg maratoński nie odpowie na pytania o sens życia, nie sprawi, że doznasz objawienia i resztę życia będziesz kroczyć jasną drogą prawości i honoru. Nie zstąpi na Ciebie duch święty i nie zmieni życia o 180 stopni. Dowiesz się za to, na co Ciebie stać, ile zniesiesz fizycznie i psychicznie, kiedy potkniesz się o próg swoich życzeń i rozbijesz o ścianę własnych możliwości. Dowiesz się, czy jesteś na tyle silny psychicznie, żeby biec dalej, kiedy każdy mięsień Twojego ciała mówi  Ci, żebyś się poddał i pozwoli zmierzyć się z tym małym pieprzonym diabełkiem z tyłu głowy, który bez przerwy mówi Tobie, żebyś odpuścił, bo jesteś za słaby. Dowiesz się też, że w czasie biegu najlepiej smakuje woda, a na mecie nie ma nic lepszego niż Cola. 

 

 

 

http://go.pl.bbelements.com/please/code?j-23641.1.24.1.0.0._blank
Previous post

Bieganie - Ludzie wiedzą lepiej - Wszystko

Next post

Jak skutecznie maskować siwe włosy

11 komentarzy

  1. ERYK
    13 października 2014 at 21:28 — Odpowiedz

    Brawo! Gratulacje za wytrwałość! Zazdroszczę takiego medalu w kolekcji 🙂

    • 14 października 2014 at 11:01 — Odpowiedz

      Dzięki. Jestem przekonany, że w Twojej kolekcji też taki się znajdzie 😉

  2. malenstwo_83
    14 października 2014 at 09:13 — Odpowiedz

    Świetnie opisane 😉 Gratuluję debiutu ;-)))

    • 14 października 2014 at 11:02 — Odpowiedz

      Dziękuję:)Cieszę się, że to już za mną 🙂

  3. Edyta
    14 października 2014 at 17:18 — Odpowiedz

    Opisane bardzo fajne, czyta się jak zapowiedź niezłego thrillera, ale…. nie zachęciłeś mnie do przebiegnięcia maratonu, oż Ty! a ja się szykuję na przyszły rok!

    • 14 października 2014 at 17:28 — Odpowiedz

      Szykuj się szykuj, bo bez tego zamiast trillera będzie horror:) Nie chciałem czarować, że to takie piękne przeżycie, bo chociaż uczucie po dobiegnięciu do mety wspaniałe, to jednak samopoczucie, nawet teraz nie należy do najlepszych. W każdym razie, nie martw się, że będzie nudno. Nie ma nudy. I daj znać na, który maraton się zapiszesz. Będę dopingować:)

      • Edyta
        14 października 2014 at 17:35 — Odpowiedz

        A nie, nie liczę że będzie łatwo. Są niestety biegi na dyche, że się męczę, tzn. głowa się buntuje, jakbym conajmniej ultra biegła 😮 Co prawda mój max dystans to półmaraton, ale nawet wówczas nie miałam takich „czarnych” wizji przed i w trakcie. A może dlatego, że ja się nad bieganiem za bardzo nie zastanawiam 😉 Po prostu zakładam buty i lecę (a raczej truchtam 😉 ). Z drugiej strony połówka to nie maraton (toż to o połowę krócej!). No nic mam w planach maraton warszawski na jesieni 2015 o ile do tego czasu się nie rozlecę hehhe
        Edyta ostatnio opublikował…Google+ taką mi niespodziankę zrobił 🙂My Profile

  4. Malgorzata Wrzesinska
    14 października 2014 at 20:23 — Odpowiedz

    Wielkie gratulacje Piotrze !!
    I bardzo ciekawie się czyta Twój opis – potrafisz świetnie pisać 🙂

    Widzę – że na maratonie wielu ciekawych ludzi można spotkać i wiele przeżyć.

    Może ja też kiedyś w końcu odważę się przygotować i wystartować 🙂

    A ten bosy biegacz to Paweł Mej z okolic Bochni. Poznałam go osobiście na Festiwalu Biegowym w Krynicy – gdzie biegł na boso i z flagą w Nocnym i Życiowej Dziesiątce. Słynie z tego, że przebiegł jeden z półmaratonów w Warszawie na boso i tyłem.

    Pozdrawiam i szybkiej regeneracji pomaratonowej życzę
    Malgorzata Wrzesinska ostatnio opublikował…Od czego uciekasz?My Profile

    • 15 października 2014 at 18:53 — Odpowiedz

      Bardzo dziękuję 🙂 Faktycznie, dużo przebierańców było i tak weselej przez to się robiło:)

  5. JJ
    16 października 2014 at 12:15 — Odpowiedz

    Gratulacje ! Bardzo fajknie napisana realacja . Można w zupełności poczuć klimat jaki panuje na maratonie. SUPER !!!
    JJ ostatnio opublikował…Trening idzie świetnieMy Profile

  6. 4 lutego 2015 at 20:50 — Odpowiedz

    […] Przebiegłem 15 Poznań Maraton – Trochę inna relacja. […]

Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *