0
Shares
Pinterest Google+

Ten wpis miał być zupełnie inny. Opis mitologicznego bohatera dokonującego z uśmiechem na ustach heroicznych czynów, musi jednak ustąpić miejsca opowiadaniu zwykłego człowieka, który walczył głównie ze sobą. Chociaż tego dnia również boska cząstka była istotnym problemem na trasie. Poznań Challenge Triathlon, to Dystans 112 kilometrów, który w połączeniu z boskimi siłami natury, stał się poważnym wyzwaniem. Odbierał mocy nie jednemu ze śmiałków, który chciał dostać się na Olimp swoich możliwości.

Powoli brakuje mi sił. Ból w splocie słonecznym odbiera oddech, a do mety wciąż 12 kilometrów biegu. Z każdym kolejnym krokiem czuję jak gasnę. Informacje zasłyszane na trasie o osobach, które zrezygnowały z dalszej walki tylko dobijają, ale wiem, że ja dam radę dobiec do mety. Chociaż chciałbym już skończyć, nie zejdę z trasy. Myślę o odpoczynku, odprężeniu w cieniu i ochłodzie w basenie pełnym zimnej wody. Myślę o jedzeniu. Arbuzach i pomarańczach w strefie finiszera. Na trasie wciąż krzyki i doping. Jeszcze kawałek. W nogach jest siła, która musi donieść mnie do samego końca. 

poznań challenge triathlon meta

Bogowie nie chcą już więcej Herosów na Olimpie

O poranku zerwał się wiatr. Wiatr, który zesłał Bóg wiatru Eol. Jego podmuchy przygnały szarość zwątpienia nad arenę zawodów triathlonowych Poznań Challenge. Coraz większe fale na jeziorze maltańskim, systematycznie rozbijają się o brzeg, odbierając mi optymizm z każdym kolejnym uderzeniem. To Posejdon straszy swoją Boską siłą. Dzisiaj zmierzę się z nimi wszystkimi. Spoglądam przed siebie jałowym wzrokiem, bez okazywania jakichkolwiek emocji, bez wyrazu. Często się zamyślam, a w głowie jest przerażenie i obawa że nie dam rady.

Strefa zmian jak zwykle pełna ludzi. Biegają i przygotowują swoje rowery. Pompowanie kół, sprawdzanie hamulców. Zapach smaru i żeli rozgrzewających mięśnie miesza się w powietrzu i dostaje przez nos, wraz z każdym powiewem wiatru. Niby nic wielkiego, ale dzisiaj dodatkowa odmiana w strefie zmian. Świat wkracza do Polski i podczas Poznań Challenge po raz pierwszy obowiązuje system workowy. Coraz bardziej się stresuję. Nie potrafię złapać myśli. Wiem gdzie co zostawiłem, nie wiem czego zapomniałem i co właściwie powinienem zabrać na triathlon, chociaż wszystko niby mam. W głowie huk i papiery rozrzucone jak na zakurzonej podłodze opuszczonego strychu. Szum, to wszystko co teraz słyszę. Czuję, że muszę stąd wyjść, bo już nic nie zmienię, a czas ucieka za szybko. Przebieram się w piankę na nowych trybunach i czekam na start swojej fali. Tej białej. Czystej i niewinnej. Próbuję nabrać powietrza do zapadających się płuc – nie potrafię. Nawet pokaz podniebnych mistrzów Grupa Żelazny nie daje mi możliwości oderwania myśli od tego co za chwilę nastąpi. Wiatr nabiera na sile, a chłód otaczającego powietrza sprawia, że skóra kostnieje na karku. Niech już się zacznie.

poznań challenge triathlon

Pływanie – Zmierzyć się z Posejdonem

Wchodzę do wody powoli i ostrożnie stawiam kroki. Pierwszy chłód dostał się już pod piankę i zaczynam przyzwyczajać się do temperatury. Delikatnie układam stopy po wyłożonych dywanach delektując się majestatyczną chwilą i nagle jebz. Potykam się o zatopioną barierkę, przewracam i próbuje płynąć, ale plączę się w oderwanym od podłoża dywanie, swobodnie dryfującym pod powierzchnią. Pięknie się zaczyna. Wybrnąłem z tego morderczego uścisku i płynę w stronę startu. Oby nie trafił mnie tu piorun ciśnięty przez zazdrosnego Zeusa spoglądającego spośród chmur. Czekam na start i w końcu nadchodzi. Huk armaty rozdarł powietrze nad głowami triathlonistów. Zadudnił w uszach i zaczął się Poznań Challenge dystans średni. Trzy kopy na żebra i jeden w czoło. Woda zakotłowała się obficie, ale już po chwili robi się miejsce do swobodnego pływania. Każde machnięcie ręką, to walka z kolejną falą rozbijającą się o twarz. Próby lokalizowania pozycji przez zaparowane okulary jest coraz trudniejsze. Płynę pod falę do pierwszej czerwonej boi, walcząc z mocą jaką wytycza bóg mórz i wód. To jest koszmarny bój, z którego jednak zdawałem sobie sprawę dużo wcześniej. Omijam już drugą bojkę, teraz będzie łatwiej. Po chwili zdaję sobie sprawę, że obrałem niewłaściwy punkt nawigacyjny i oddaliłem się od grupy o jakieś 100 metrów. Muszę nadrabiać, gdyż zbłądziłem. Ostatnie kilkaset metrów do wyjścia z wody. Nie jest źle, kiedy płynie się z falą, ale już czuję zmęczenie. Wychodzę z wody, a nogi lekko się uginają, chwieję się delikatnie, a do tego ciężko mi złapać równy oddech.

poznań challenge pływanie dystans średni

T1

Pierwsza strefa zmian i chyba z 400 metrów dobiegu do wieszaków z workami z napisem BIKE. Zdyszany chwytam worek, wbiegam do namiotu i na drewnianej ławeczce przebieram rzeczy. Rzucam worek z pianką do wyznaczonego punktu i dobiegam do roweru. Zakładam kask i ściągam rower z którym biegnę kolejne 200 metrów, aż dostaję zezwolenie na wpięcie butów w pedały. Cholernie długa strefa.

Rower – Eol i Euros zniszczyli mój plan

Pierwsza bitwa wygrana. Przepłynięcie 1900 metrów w tych warunkach oceniałem na 50 minut i taki właśnie mam czas na stoperze. Przede mną walka, w dyscyplinie która jest moją najmocniejszą stroną – kolarstwo. Nogi przygotowane na przejechanie trasy w czasie 2:15 – 2:20. Wpinam buty w bloki i powoli kręcę, przyzwyczajam się do nowej pracy mięśni. Powiewy wiatru schładzają wciąż mokre ciało. Otaczają je tak, jak niosące się krzyki kibiców rozstawionych po obydwóch stronach wytyczonego pasa jazdy. Rozdzieram usta w uśmiechu i sunę asfaltową ulicą Warszawską. Czuję mocny wiatr, który powiewa czasem z przodu, czasem z boku, ale w większości wieje w plecy. Strój triathlonowy Good Choice Sport zdążył już wyschnąć i robi się cieplej. Chociaż jak mam być szczery, zdążyłem już zapomnieć, czy w ogóle było mi zimno. Mam wrażenie, że jadę na autopilocie. Znów wyprzedzam kolejne rowery i kręcę nogami, jak zaprogramowany. Często piję (nawet bez okazji) i zjadam tubki z węglowodanami. Po 22 kilometrach nawrotka i prędkość z ponad 45 spada do 20 km/h. Ściana wiatru staje się dla mnie zbyt silna, żeby pokonywać ją na maksymalnym przełożeniu. Zrzucam przerzutkę i nogi zaczynają kręcić szybciej, chociaż prędkość rośnie nieznacznie. „Przynajmniej przesuwam się do przodu” – myślę, garbiąc się nad kierownicą mojego Superiora z Total Sport. Próbuję być jak najbardziej aero. Na trasie mijam kolejnych kibiców, trzaskających w kubki, bębny i dopingujących wszystkich zawodników z całych sił zachrypniętych gardeł. To niesie, nadaje mocy każdemu kolejnemu metrowi jaki pokonuję. Znów nawrotka i kolejne 45 kilometrów. Nogi mocno już osłabły, ale nie mam ochoty na większą ilość żeli. Piję już tylko wodę, jak zwierze jakieś. Jadę nieco wolniej, a po kolejnej nawrotce, kiedy wiatr ponownie stawia opór gęstej ściany, odechciewa mi się już totalnie tej turystycznej prędkości. Krew ze złości zalewa oczy i przeklinam odbierającą siły pogodę. Dużo ze sobą rozmawiam, tłumaczę, że tak po prostu jest i tego nie zmienię. Jeśli teraz dam radę, to co mnie powstrzyma na kolejnych zawodach. W końcu dojeżdżam do strefy T2 i powoli schodzę z roweru, rozpoczynając 400 metrów biegu do miejsca w którym odwieszam rower. Czas około 2h 45 minut nie pasuje do mojego planu sukcesu. Wiatr przeszkodził w realizacji celu. Teraz już wiem na pewno, że jedzenie jedynie żeli na trasie to błąd. Brzuch rozbolał w splocie słonecznym i wątroba chyba też. Dojeżdżając do linii strefy zmian już widziałem, że bieg będzie bardziej walką ze swoim żołądkiem, niż z nogami.

poznań challenge triathlon rower

T2

Strefa znów jest długa, ale system workowy nie przeraża. Właściwie nawet mi się podoba. Po drodze odwiedzam jeszcze rezydencję Toi Toi, bo nadmiar wody wymaga pewnych procedur wyrównawczych, po czym wbiegam do namiotu z przebieralnia. Worek znów rzucam do jakiejś blond wolontariuszki i wyruszam na trasę biegową. Ostatnie 22 kilometry zawodów. 

poznań challenge triathlon strefa zmian

Bieg – Helios rozświetlił drogę

Pierwsze metry są ciężkie, kolejne zresztą też. Ból brzucha stopuje mój każdy zryw prędkości. Biegnę powoli. Truchtam między kolejnymi punktami żywieniowymi na których staram się jeść pomarańcze i banany, popijając wodą i oblewając się nasączonymi gąbkami. Izotoników nie piję, mam już dość sztucznych słodzików. Myśl na przyszłość – Czas zmienić żywienie i ograniczyć ilość żeli energetycznych podczas zawodów. Banany i tłuszcze będą je uzupełniać. Wciąż uczę się siebie i zasad jakie obowiązują w zawodach na długich dystansach. Wiem co zmieniać i co poprawiać. Pogrążony w myślach nawet nie zauważyłem jak słońce wynurzyło się zza chmur. Właściwie mogłoby dobić swoim ciepłem, ale nie jest tak ostre, żeby odbierać siły. Przyjemnie ogrzewa i napawa optymizmem rozświetlając drogę. Jednak wiem jedno już na pewno – To kibice dają największej siły i motywacji zawodnikom. Ich krzyki, doping, słowa otuchy i ciepłe uśmiechy pozwalają mi pokonywać kolejne kilometry. Jest mi z tym dobrze i pewnie przebiegłbym jeszcze wiele kilometrów z ich dopingiem. Na szczęście nie muszę. Nie dziś, nie tym razem. Do mety zostało już tylko kilkadziesiąt metrów. 

triathlon poznań challenge

Na mecie Poznań Challenge była piękna Nike

Wbiegam na czerwony dywan. Wrzask kibiców, spiker wykrzykuje moje nazwisko i dobiegam do podwyższenia. Podwyższenia na które zasługuje każdy, kto pokonuje tak wyczerpujący dystans. Metę pokonuję z rozłożonymi ramionami i najszczerszym uśmiechem szczęścia na jaki mnie stać. Szarfa Poznań Challenge trzymana przez dwie piękne niewiasty oplotła mnie w pasie i otrzymuję medal od Prezydenta Poznania. Dodatkowe gratulacje i uściski. Czuję się BOSKO. Dzisiaj pokonałem wiele ze swoich słabości, tych na ciele i umyśle. Dzisiaj odebrałem i lekcję i ostrzeżenie, ale również nagrodę i porcję wiary w siebie. W końcu czym byłby słodki smak zwycięstwa, jeśli nie można poczuć goryczy zbliżającej się porażki. W czym wykuwać żelazne ciało przyszłego Ironmana, jeśli nie w ogniu bólu i cierpienia. Ten dzień dał mi wiele więcej, niż jakikolwiek trening – nauczył mnie, że nie można bagatelizować zawodów i przeceniać swoich sił. Dzisiaj zaczyna się nowy czas w moim triathlonowym życiu. Dzień w którym przestaję się bawić, a zaczynam pracować nad idealną formą. W przyszłym sezonie zadziwię nawet siebie. Na końcu każdej wyprawy czeka bogini zwycięstwa Nike, by pogratulować przebrnięcia przez trud swojego wyzwania. Warto się nie poddawać.

triathlon poznań challenge meta

http://go.pl.bbelements.com/please/code?j-23641.1.24.1.0.0._blank
Previous post

Jak zakładać i dobrać piankę triathlonową

Next post

Koszulka Rowerowa z Legendarną Polską w Tle

4 komentarze

  1. 1 sierpnia 2015 at 23:41 — Odpowiedz

    No gratulacje! Kolejny krok w przód;) 1/2 Ironmana to już nie przelewki;)

    • 11 sierpnia 2015 at 08:30 — Odpowiedz

      No nie przelewki, ale musiałem ukończyć, żeby z tego sobie zdać sprawę 🙂

  2. 3 sierpnia 2015 at 15:28 — Odpowiedz

    Gratuluję. Świetnie mi się czytało Twoją relację 🙂

Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *