1
Shares
Pinterest Google+

Półmaraton Philipsa, to jest ten bieg, w którym Teraflu powinni dawać w pakiecie razem z ciepłą kołdrą i termoforem pod pachę. Nie da się ukryć, że organizator trochę zawalił sprawę, dogadując godziny biegu z Panem Bogiem, ale i tak wyszło prawie nieźle.

Stojąc w 35 szeregu poczułem jak zerwał się wiatr, a z nim spadły pierwsze krople deszczu. Chwile później zaczyna lać już stale, rzęsiście, a zęby dygocząc i dzwoniąc o siebie wygrywają świąteczną melodię. Półmaraton Philipsa w Pile otuliła powłoka pochmurnej szarości. Spoglądam na zegarek – jeszcze 10 minut do startu. Perspektywa dalszego marznięcia wzbudza ochotę olania tej przyjemności i powrotu do domu. Ale przecież Korona. Korona musi zostać zdobyta. Gibię się więc na boki i podskakuję pełny dyskusyjnej gracji w uścisku otaczających mnie biegaczy i dalej się trzęsę, nacierając dłońmi skórę przedramion. Nie mam szczęścia do pogody w tym roku.

Cały czas walczę ze sobą, odganiając niedorzeczną myśl o rezygnacji, aż w końcu coś się ruszyło. Ślamazarnie i z oporami, ale linia ludzi konsekwentnie się rozciągnęła, dając poczucie swobody. Deszcz nie przestał padać, a ulice spływają świeżą deszczówką, niosącą ze sobą pety i opadłe liście. Minęły już prawie dwa kilometry, a wciąż nie daję rady się rozgrzać. Gęsia skórka pokryła ciało, a żuchwa trzęsie się jak u dziecka pogrążonego w spazmatycznym płaczu. Przynajmniej myśli jakoś odganiam od zimna, skupiając się na metodycznym omijaniu i przeskakiwaniu kałuż.

półmaraton philipsa piła

Z jakiegoś powodu staram się mijać te płytsze i głębsze potoki wody, ale po 7 kilometrze mam to już całkiem w … bez różnicy mi to zwyczajnie. I tak już nie mam na sobie suchego kawałka materiału. Buty nasiąkły deszczówką i kląskają przy każdym stąpnięciu, wydobywając z siebie bąbelki wody. Mimo wszystko biegnie mi się nawet dobrze, chociaż przez całą drogę mój zmysł orientacji, ten wewnętrzny GPS, jest wyłączony.  Nie wiem gdzie jestem, dokąd biegnę, ani co ja właściwie tu robię. Letarg biegowy. Główne drogi zmieniają się w wąskie uliczki, i prowadzą szeregiem kolejnych zakrętów przez nieznane obszary Piły. Czasem biegniemy wśród drzew, czasem drogami, otoczonymi przez kamienice, a niekiedy otwarte przestrzenie zmuszają do walki z przeciwstawnym wiatrem. Nie wiele myślę, biegnę za stadem jak antylopa jakaś, byle do mety. Odebrać medal i spadać do chaty, bo od tego przymusowego i długiego prysznicu czuję się wystarczająco czysty.

Przy tej pogodzie punktów żywieniowych jest wystarczająco dużo. Niczego mi nie brakuje; Na pierwszym kółku woda, Powerade i cukier. Na drugim już tylko woda, rozrzucone kubeczki, i cukier wdeptany w ziemię; rozpuszcza się i tworzy lukrową powłokę na asfaltowej powierzchni. Droga szybko mija, a widok tablicy 19 kilometra wprawił mnie w naprawdę dobry nastrój. W uszach ostatni raz zabrzmiał smutny głos smutnej pani, mówiący krótkie „Battery Low”, jakby oddawała nastrój mojego melancholijnego nastawienia potęgowanego deszczem. Naprawdę cieszę się, że bieg zaraz się skończy. Chociaż nie czuję już zimna, to jednak dyskomfort biegania w deszczu znacznie odbiera przyjemność.

półmaraton philipsa piła

W końcu ostatnia prosta. Deszcz, niechciany uczestnik zawodów, nie przestał padać nawet na chwilę, ale już o nim nie myślę. Rozpędzam ciało w długich krokach, żeby łapczywie urwać kilka dodatkowych sekund z ostatecznego wyniku. Meta przekroczona z czasem 1:38:12. Daleko od rekordu, ale to tylko trening i jestem wyjątkowo zadowolony z takiego rezultatu. Dalej wydzielonymi z barierek, długimi korytarzami, dającymi dość negatywne skojarzenie, idziemy w stronę wolontariuszy, którzy wręczają nam medale i napoje. Medal całkiem ładny, symboliczny, jubileuszowy. Po krótkiej chwili zawijam się szybko i uciekam ubrać coś suchego na siebie i wrócić  do domu wygrzać się w cieple. Dlaczego nie mam kominka?

Po wszystkim, kiedy półmaraton Philipsa się zakończył, pierwsza myśl, jaka przyszła, to że dzień beznadziejny, ale po chwili stwierdziłem, że nawet dobrze się biegło. Cena startu minimalna, wręcz zawstydzająca wiele biegów na 10 km z przerośniętym ego. W pakiecie koszulka, o którą niektórzy robili chorą wojnę, jakby rozmiar faktycznie miał znaczenie, napoje i dwie żarówki, mające rozświetlić mroki nadchodzącej zimy. Pięknie. Gdyby tylko nie to, że teraz leżę pod kołdrą, pisze ten teks i łykam magiczne środki na przeziębienie po tym spektaklu łez nad pilskim miastem, byłoby nawet doskonale. 

http://go.pl.bbelements.com/please/code?j-23641.1.24.1.0.0._blank
Previous post

Jak prawidłowo nawadniać organizm

Next post

Czy Sportowiec Jest Dobrym Kochankiem?

2 komentarze

  1. Kate
    9 września 2015 at 21:35 — Odpowiedz

    Nie mogę się oprzeć, żeby zapytać… Czy ten wielki napis „STAR” nad Twoją głową (w ostatnim zdjęciu)

    to efekt zamierzony, czy fotograf ma takie genialne wyczucie chwili?

    He he… w sumie to Ci pasuje 😀

    Dużo zdrówka 🙂

    • 9 września 2015 at 21:43 — Odpowiedz

      He he 🙂 Nawet nie zwróciłem na to uwagi. Jaka umiejętność wychwytywania detali 🙂 Dzięki, przyda się 🙂

Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *