3
Shares
Pinterest Google+

Przepraszam. Zrobiłem to z głupoty. Ze zwykłej ludzkiej chciwości. Z wygórowanego ego i braku wyobraźni. Przepraszam, ale już się do tego przyzwyczaiłem. Tak przecież mam zawsze. Zresztą chciałem znów sobie pobiegać i znów mieć medal z maratonu. Manchester Marathon, to mój pierwszy zagraniczny bieg na tym dystansie. Były też inne zawodu jak Ironman na Majorce, ale to przecież była zupełnie inna bajka. 

Jestem człowiekiem bez wyobraźni. Tak mogę spokojnie o sobie powiedzieć, bo nie potrafię zrozumieć wielu wyzwań. Ich trudu, zawiłości, kwestii przygotowań, albo mam zwyczajnie wyjebane. Dlaczego ludzie się tak jarają „niemożliwym” i dlaczego potrzebują do tego zrobić jakieś specjalne podchody?Dlaczego, żeby wejść na K2 zimą, siedzą w namiotach kilka miesięcy zamiast zewrzeć poślady i wejść na górę tak, jak się idzie do sklepu po bułki? RAZ SIĘ ŻYJE. Zresztą myślę, że najwięksi odkrywcy w dziejach, też wyobraźni nie mieli. „Co? Woda spada z krawędzi ziemi? Bież naszą drewnianą szalupę i płyniemy! Ahoj przygodo! To nie może być prawda.”

I takich ludzi jest więcej!! Widać to każdego lata w górach, kiedy kolejni śmiałkowie zdobywają Kasprowy w klapkach i szpilkach. Wielkie halo. Kiedyś ludzie chodzili na boso i też wszystko się dało. Dzisiaj, to od razu, – że ekstrawagancja, – że bezmyślność. Jesteśmy zbyt luksusowi w naszym rozumowaniu. No i dziś skromnie mówiąc znów dokonałem samookaleczenia, zapisując się na kolejne maratony miesiąc, po miesiącu, tak jakbym niby wciąż biegał. A nie biegam. I co? No i nic, no i ch.. Przetrwam, dopełznę, łzy nie uronię , a zdobędę.  Tylko chwila bólu, a jakie oszczędności czasu nie robiąc treningów 🙂

Trening do Manchester Marathon

Chciałbym powiedzieć, że był. Chciałbym, ale kłamstwo przez usta mi nie przejdzie. NIGDY 😀 Zbyt szlachetne mam serce O_o. W końcu, jak zwykle majestatycznie i z rozmachem spierdzieliłem sprawę, ale przysięgam, że przepięknie zacząłem. Boooożeee!!! Jak ja zacząłeeeem. Tak zacząłem, że ehhh. Mówię wam. Początek był zmysłowy, niczym romantyczny poemat dla tej jedynej, niczym inwokacja, niczym łyk chłodnego piwa w gorący dzień na plaży w Jastarni.

Rozpisałem sobie trening i biegałem solidnie przez pierwsze dwa miesiące. Namiętnie, pełny spełnienia unosiłem stopę za stopą i głowę wysoko. No, a później jakoś już tak, że mniej, że za wcześnie, że za późno, że głowa boli, że okres. Tylko nie to było problemem, że biegać mi się nie chciało, tylko kłopotem był kalendarz, który coś za szybko przesuwał dni kolejne, dzień biegu niechybnie zbliżając, niczym egzekucję dla skazańca. No i jeszcze to żelazo w pobliskiej siłowni, które tak kusiło. Zimne, delikatnie muska dłonie, przenosi i rozkłada ciężar na naprężające się i puchnące mięśnie. Sorry rozmarzyłem się 🙂 Lecimy dalej. 

Organizacja po Angielsku – Panie, a w Polsce to robi się to lepiej

Wbrew ogólnej opinii, tych ludzi zza żelaznej kurtyny, nie mieszkamy w lepiankach, nie jeździmy powozami, mamy centralne ogrzewanie w domach i co jak co, ale biegi, to my organizować potrafimy. Działamy lepiej, energiczniej, z większym polotem i polską siłą w sercach wrzącą. No wiem, wiem jestem patriotą i dla mnie polskie znaczy lepsze 🙂 Zresztą zauważyłem to już na zawodach Ironman Mallorca, a teraz to sobie utwierdziłem, że bieg w Polsce to jest show, a za granicą bieg, to bieg.  

Wynika, to z tego, przynajmniej tak sądzę, że potrafimy się bawić, dopingować, cieszyć się z drobnych rzeczy, a sama moda na biegi przyszła dość niedawno. Oczywiście pod warunkiem, że nie stoimy w korku z powodu zamknięcia głównych dróg i ulic. (Bo wtedy każdy Janusz i Grażyna toczy pianę z ust soczyście:) ) Nie mniej jednak w porównaniu do Anglii, to robimy niezłe show, nawet na mniejszych biegach. Natomiast te duże imprezy biegowe każdorazowo mógłbym określić jako LE GEN DAR NE !! 🙂 

Organizacja wydaje się być inna niż w Polsce. U nas jest restrykcyjnie, tutaj na Manchester Marathon dosyć luźno. Kibice przechadzający się w strefie startowej, biegacze zrzucają z siebie ciuchy na ziemi tuż przy starcie. Pobocze wygląda jak wielka szatnia. Nie żeby nie było odpowiedniego miejsca gdzie można zostawić rzeczy, bo było. Wiem, bo przebiegłem z 4 kilometry, żeby tam dobiec i wrócić na start. Ogólnie było jakoś tak spokojnie. Cicho, bez fajerwerków. Może sam to inaczej odbieram, skoro już nie ścigam się z ludem tak jak kiedyś.

Anglicy powiedziałbym, że żyją według zasady miej wyjebane, a będzie ci dane. Tak mi się przynajmniej wydaje , a na Manchester Marathon nikt, nie przeżywa, że na stracie nie ma odpowiednich stref, że nie było odpowiedniej wielkości barierek, a medal to ogólnie do du…żo by o tym mówić. To akurat też jest polską specjalnością. Tu nikt nie narzeka, nie robi z biegu filozofii życia. Większość startuje dla siebie, dla frajdy, dla samego startu. Dlatego mimo wszystko mi się podobało, bo było bez tej zbędnej napinki, że ktoś ciastek nie dostał, a i inni zabrali po dwa. 

I Oto Nastała Chwila … 

… Sam nie wiem czy bardziej chwały bo „żem” na linii startu nie zemdlał, czy bardziej grozy bo, aż ślina zaschła w ustach mych drżących.

Zbliża się ten dzień. Dzień startu. Myśl w głowie się błąka bardzo wyraźna i optymistyczna. Taka podnosząca na duchu, krzepiąca, a brzmi ona „ja pierdole”. heh Wiedziałem, że tak będzie. To jeden z tych startów których się boje i wolałbym żeby w sumie się nie odbył. Z kolei zrezygnowanie nie jest w moim stylu. Nie potrafię. Wiem, że połowę przebiegnę na pewno. 30 kaemów w sumie też jakoś z bulem i nadzieią uciągnę, a reszta? Reszta jest tajemnicą:)

Start tuż pod stadionem Manchesteru United. Jednej z moich ulubionych drużyn. Przyznam, że pierwszy raz tam byłem i jakoś tak, chciał bym wpaść tam na mecz. Pokrzyczeć, usłyszeć ten hałas tysięcy kibiców i obejrzeć mecz na poziomie wyższym, niż nasz podwórkowy kopacz Lech Poznań.

Chciałbym powiedzieć, że było odliczanie, ale w sumie to nie wiem, bo się spóźniłem trochę i przez tłum się przedzierałem ściśnięty między puszystymi krągłościami odważnych, wysportowanych Brytyjek, a to bardziej efektywne wygłuszenie, niż ekrany na autostradzie. W końcu linię startu przekraczam niepewnie, a trasa kręta i długa, prowadzi poprzez ulice i uliczki Manchesteru. Nieraz brukowane, a niekiedy jedynie brudne. Widoki niemal niezmienne, ceglaste domy z czerwonej cegły, albo z czerwonej cegły, ceglaste domy. W parkowych alejkach, ciągnąca się kolumna setek stóp rozdziela się i pojedyncze ofiary ciśnienia pęcherzowego opuszczają zwarte szeregi peletonu, by odlać naturze nadmiar wody. Manchester, to nie jest miasto wieżowców jak sobie wyobrażałem. Zachód wydawał się być inny. Każde miasto miało być niczym New York, a w rzeczywistości wyglądają, jak ciągnące się na wielu hektarach przedmieścia. 

Biegnę. Bam sporo czasu na rozmyślanie na temat lokalnej infrastruktury, kultury, a także, kiedy oraz jak długo trwa teraźniejszość, jeśli mój krok który właśnie zrobiłem jest przeszłością, a ten kolejny przyszłością O_o  No dokładnie!! Zmęczenie i kilkugodzinny bieg trzepie banie, że aż milutko na serduszku się robi.  No a moje trambałki do biegania suną dalej bez zadawania pytań. Suną i milczą. Są zupełnie inne niż kobiety w tej kwestii.

Ludzie 

Największe wrażenie na Manchester Marathon zrobili na mnie jednak ludzie. Zaskoczony byłem tym, że w tych małych uliczkach, manchesterskiej ekstraklasy ludzie wyszli na ulicę. Mało tego, że wyszli, ale jeszcze dokarmiali biegaczy żelkami i wodą. Człowiek biegnie sobie, martwi się o pokarm na trasie, a tu tyle słodyczy, że po 30 kilosie zacząłem się turlać. Kieszenie wypchane słodkimi miśkami. Biegnę, żuję i czekam, aż znów jakieś dziecko wystawi miseczkę z łakociami. Wyrwać czterolatkowi michę ze słodkościami jest bardzo łatwo, tylko później biegnie za tobą taki karzełek z płaczem dość szybko, a zmęczenie przecież po 30 kilometrach biegu jest. Wiecie jak dobrą dzieciaki mają kondycję?? Obłęd. 

To By BYło Na Tyle 

Mój bieg był oczywiście jednym z tych opatrzonych tytułem, nie biegam, nie trenuję, ale JA CHCĘ, JA, JA , JA CHCĘ. To był pierwszy bieg na którym przekonałem się, że maraton nie jest wcale tak marnym dystansem jak mi się wcześniej wydawało przy poprzednich zawodach. Jest za to z całą pewnością rezultatem wcześniejszych przygotowań. Jeśli biegasz regularnie, to dasz radę, ale jeśli olejesz sprawę to ostatnie kilometry będą wielkim bólem nóg, płuc i chęcią zejścia z trasy. I tak właśnie się czułem. Jednak nie ma tego złego. Manchester Marathon, to fantastyczne wspomnienie i świetna zabawa. Już za 4 tygodnie kolejny maraton (Yupi 🙁 ) w Liverpoolu i do tego czasu pewnie będę lizać rany z podkulonym ogonem, a biegać nie będę wcale. Jednak płakać z tego powodu nie będę. Po prostu ukończę. W końcu Nigdy Nie Mów Nigdy, Się Nie Poddawaj. 

http://go.pl.bbelements.com/please/code?j-23641.1.24.1.0.0._blank
Previous post

Niebieskie Pigułki - Fakty, Które Cię Zaskoczą

Next post

Rock and Roll Marathon Liverpool

No Comment

Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *