1
Shares
Pinterest Google+

Boję się, że nie dam rady. Boję się tej pieprzonej porażki, jakby miała wpłynąć na resztę mojego życia. Nie chcę wrócić niesiony na tarczy z napisem – miał takie piękne marzenie. Mieć w pamięci, że coś nie wyszło. Bardziej czy mniej bohatersko polec na polu swojej walki i wmawiać sobie, że próbowałem, ale los, ale pogoda, a może następnym razem. NIE!!! To musi być teraz. Jest strach, który ma dużą moc. Jest motywacja, która gna do przodu i jest serducho pełne radości, wzruszeń i pragnień, które nie pozwala się poddawać.

Odmienna Rzeczywistość

Dziwne są te dni. Taki surrealistyczny czas, gdzie stres, który odczuwam przenosi mnie do zupełnie innej rzeczywistości. Znika silne podenerwowanie, a wyzwala się uczucie wyciszenia, wyobcowania i dużego opóźnienia w docierających do mnie zewnętrznych bodźców. Obrazy i słowa dochodzą do mnie powoli, długo są rejestrowane i przetwarzane, zanim padnie odpowiedź. Krótka, leniwa i nie koniecznie w cel:) To pewnego rodzaju strach doprowadził do tak silnej koncentracji już na kilka dni przed startem. Wszystko dzieje się w zwolnionym tempie. Nieprawdopodobne uczucie nieobecności w czasie rzeczywistym. Oczy patrzą w dal, a  umysł jest na trasie próbując wyobrazić sobie drogę, kalkulować ryzyko i prawdopodobieństwo sukcesu. Ale tu nie da się niczego obliczyć. Niewiadoma jest najgorsza i najlepsza. Jest czystą kartką na której zaczyna się własnie pewna opowieść. Opowieść, której końca nie możesz być pewien.

triathlon, majorka, ironman

Kiedy dzień przed startem czytam o zakazie używania pianek, nawet nie robi to na mnie wrażenia. Będzie, jak będzie. Zresztą niech stanie się sztorm. Przynajmniej wspomnienia będą ciekawsze, bardziej intensywne i wyraziste. Czuję ten optymizm, który dotarł do mnie zaledwie przed chwilą. Nie mogę się doczekać już jutrzejszego dnia, jakby miała mnie czekać jakaś wyjątkowa nagroda. Jabłecznik, albo inny deser 🙂

Ciesze się, że jakiś czas temu podjąłem to zobowiązanie przed samym sobą, chociaż jest dużym obciążeniem dla głowy. Wszystko to ma swoją wagę, która obciąża plecy i głowę i dociska do ziemi. Nie sposób od tego uciec.  Z drugiej strony gdyby to miało być proste, to nie byłoby warte takiego dużego poświęcenia. I to jest w tym najwspanialsze, że waga wyrzeczeń nadaje temu tak olbrzymie znaczenie. Tak duże, że w dzień startu nie potrzebuję nawet budzika. Emocje odbierają sen, włącza się dziwna głupawka, a cały stres z poprzednich dni mija w niepamięci. Pobudka przed 3:00 w nocy i głowa pełna przemyśleń, wspomnień… i to podekscytowanie narastające z każdą kolejną minutą. TO JEST MÓJ DZIEŃ !!!

Ironman+Mallorca+St8WSaSODeFl

Taksówka podjeżdża kilka minut przed szóstą. Wspaniały widok, kiedy jadąc niemal pustymi ulicami, nagle widzisz jak ze wszystkich bocznych uliczek wychodzą zawodnicy i maszerują w jednym kierunku. Ciemność rozświetlają uliczne latarnie i światła nadjeżdżających z naprzeciwka taksówek. Po kolei zatrzymują się na małym rondku tuż obok wejścia do strefy. Tam już jest głośno i tłoczno. Z głośników słychać głos spikera, podającego komunikaty. Pompowanie kół, szykowanie bidonów, przebieranie się w pianki. A tak, bo właśnie z głośnika popłynęła informacja, że temperatura wody wynosi 24,5 stopnia, czyli dokładnie tyle, żeby pianka pływacka była dozwolona. Yupi?? A gdzie kurde sztorm? 🙂

Ekscytujące, być tu i teraz, wśród tych wszystkich ludzi, pisać swoją małą historię. Jaki ten dzień by nie był, to będzie idealny – nie dopuszczam innych myśli. Adrenalina mnie poniesie, bo w głowie widzę już tylko Metę. W żyłach pompuje się krew, w lewym uchu słyszę bicie swojego serca. BuuuuRZa emocji odbiera oddech…

Ironman+Mallorca+Vyp0bJQIR3xl

Początek Wszystkiego

Zamykam oczy, wciągam głęboko poranne powietrze i staję wśród grupy ludzi w żółtych czepkach. Rozgrzewka w wodzie już za mną. Piach przerzucam stopami z kupki na kupkę, usypując małe kopce, ale nie z nerwów. Jest oczekiwanie i wewnętrzna zgoda na wszystko co się wydarzy. Spoglądam jak wschodzi słońce. Wynurza się po lewej stronie od lini wody, nad górami, zarysowując ich kształt wraz z koronami palm, które rosną przy brzegu. Wschód słońca, który rozświetla spokojną taflę morza. Jego promienie jak długie ramiona sięgają w dal, a dla mnie to jak znak, że wszystko będzie dobrze. Potrzebuję poszukać sobie właśnie takiego znaku. Tak dla wsparcia. Dla lepszego samopoczucia… START… 3800 metrów… „Anything is possible” … „Impossible is nothing”

Woda jak zawsze się zakotłowała. Szybkie mazgnięcia wody, tłum ludzi, płynących w jednym kierunku, ale wciąż zmieniających swoją drogę i wpadających na siebie. Tu nic nie się nie zmienia, bez znaczenia na jakim dystansie się płynie. Uderzenia w głowę, kopnięcia, taranowanie. Czy wy jesteście niewidomi? No płynę tu! HALO!!31_3rd-141999-FT-1373_002974-4061576

Uciekam na zewnętrzną, żeby unikać zakleszczenia. Łapię swój rytm. Spokojny. Ciesze się każdą chwilą. A woda? Woda jest idealna; ciepła, przejrzysta i otula ciało jak puchowa kołdra. Metry uciekają nawet szybko, a ja oszczędzam siły. Dopiero na drugiej połowie przyspieszyłem. Jest mi dobrze. Naprawdę rewelacyjnie. Tak rewelacyjnie, że pod wodą nucę sobie wesołe melodie. Z wody wychodzę w doskonałym nastroju i bez jakiegokolwiek zmęczenia. Tak miało być. Czas 1h 22 minuty zadowala mnie dzisiaj wystarczająco. Teraz będę podziwiać górskie widoki na odcinku kolarskim.

Ironman To Nie Jest Sprint

To zdanie zaczynam sobie powtarzać, kiedy po 50 kilometrach zauważam, że moja średnia prędkość dobija się do 38 km/h właściwie bez większego wysiłku. Plan miałem nieco inny – 30, może 33 km, ale nogi niosły bez oporów. Zwalniam. Muszę. Dzisiaj się nie ścigam, chcę tylko ukończyć. To jest cel. Zbieram siły na podjazd, który przychodzi na setnym kilometrze, a na 110 zaczyna się najgorszy 20 kilometrowy odcinek. Nie atakuję mocniej. Jadę powoli. Podjazdy, zjazdy, miejskie uliczki, pastwiska, beczenie owiec. Wycieczka krajoznawcza po wyspie. Pogoda się zmienia i chłodne, duże krople deszczu przeszywają powietrze. Sam już nie wiem, czy to deszcz jest tak zimny, czy prędkość tak bardzo schładza mokre ciało. Jeszcze 20 kilometrów podjazdu i będzie już lepiej. Deszcz pada coraz ciężej, a krople bulgotają na ulicy, roztrzaskując się o rozgrzany asfalt. Z kolei te które spadają na ciało, sprawiają wrażenie drobnych igieł wbijających się w odsłoniętą skórę. Do tego ta burza, która rozpętała się nad głową i strzela piorunami. To robi wrażenie. Taki nieprzyjemny niepokój, że może przypadkiem cie trafi… szlak. Może bym szybciej dojechał na takim doładowaniu 🙂

Ironman+Mallorca+9IH87r8pUshl

Zjazd pełen serpentyn, hamowanie, rozpęd, hamowanie i tak co chwilę. zakręty 180 stopni, ślizgające się koła na mokrej asfaltowej nawierzchni. Na ciele gęsia skórka, górski wiatr schładza ciało coraz bardziej. Kolejne stacje z bidonami z colą i wodą. Wciąż piję (wiem, miałem to rzucić). Żeby tylko się nie odwodnić. Żeby mięśnie miały siłę później biec, a skurcze nie zatrzymały mnie w drodze. Pędzę momentami 60 km na godzinę, nie wiedząc co będzie za zakrętem. Na niektórych czerwone chorągiewki ostrzegające przed niebezpieczeństwem. Wypadki. Ludzie przewracają się i dla niektórych to już koniec zawodów. Przelatują myśli, że to mogę być ja. Odpaść. Nie ukończyć. ZAMKNIJ SIĘ. JEDŹ. W końcu wyjechałem z górskich ścieżek. Pokonanie góry zajęło mi dużo czasu. Za dużo.

41_3rd-141999-FT-1373_023172-4061586

Przebudzam się, gdzieś na prostej drodze, próbując dodać sobie otuchy pozytywnymi myślami. Tylko właściwie to myśli chyba już nie mam żadnych. Tak jakby wielka czarna bańka w której nie ma już kolorowych obrazów, są tylko czasami słowa, krótkie zdania wrzucone do środka i obijające się echem od ścian głowy.  „Skręć w lewo. Teraz podjazd. Mocno w prawo i podjazd. Ciśnij” Jak maszyna. Komenda – czynność. Komenda – czynność. Niewiarygodne uczucie. Ciągła analiza szans i zagrożeń. 

Na koniec zgarniam sobie jeszcze premię od sędziów, w postaci dodatkowych karnych minut i mogę zabrać się za bieganie. Tylko gdyby dupsko tak od siodełka nie bolało 🙂75_3rd-141999-DIGITAL_HIGHRES-1373_039474-4061620

Coś Więcej Niż Maraton

Teraz, to już jest deser. Bułka z masłem. Ostatni element – taka drobnostka przebiec 42 kilometry, które jednak są czymś więcej niż tylko maratonem. Niekiedy widzę jak ludzie stają i na w pół przytomnym wzrokiem patrzą przed siebie, szukając w sobie dodatkowej energii, dodatkowej motywacji, żeby pokonać kolejne dziesiątki kilometrów. Inni siadają na krawężnikach, wymiotują ze zmęczenia. Są też tacy dla których ten bieg wygląda jakby właśnie wystartowali – bez śladu zmęczenia na twarzy. Jestem dumny, że tu jestem. Wśród tych setek osób, które chcą zdobyć nie tylko kawałek metalu zawieszonego na szyi, ale przede wszystkim zdobyć przekonanie o własnej sile. Sile woli, sile mięśni, sile swoich motywacji i przekuć je w żelazo swego ciała i umysłu. Urzeczywistnić marzenia o ukończeniu ekstremalnego wyzwania jakim jest IRONMAN. Się wzruszyłem. Zresztą co jakiś czas dopada mnie to dziwne uczucie, a łzy wlewają się do oczu. Berkener zrobił mi fantastyczny strój startowy z moim imieniem na plecach. Niektórzy ludzie kiedy je zauważają, zaczynają krzyczeć Piotr? PIOTR! POLSKA, LECISZ!! Krzyczą też Hiszpanie, Niemcy, Pioter! Piotre! Dodają mocy.

Ja biegnę zgodnie ze swoim planem. Chociaż góry odebrały sporą część moich sił wciąż daję radę utrzymać swoje tempo na 6 minut na km. Półmaraton zaliczam w czasie 2h 5 minut. Jest dobrze, można przyśpieszać i… niestety przychodzi mój jedyny kryzys na trasie. Żołądek jest już przeciążony, odmawia jedzenia, zaczyna brakować energii i co kilka kilometrów przy wodopoju muszę zrobić kilka kroków więcej. Nie udaje mi się ciągle biec. Przez około 10 kilometrów próbuję zapanować nad swoim organizmem. Leczę się colą i co jakiś czas próbuję wmusić w siebie pomarańczę. W końcu odżywam. Powoli się rozpędzam, utrzymuję równe tempo. Znów zyskuję siły i przez kolejne 10 kilometrów czuję coraz większą moc. Do mety już lecę bez uczucia zmęczenia. Słońce niedawno zaszło, a meta rozjaśniła się kolorowymi światłami. Jest jak ciemny tunel na końcu którego bije jasne, ciepłe światło, do którego chce się dotrzeć. Pięknie… Co tam pięknie. To jest cudowne uczucie, przekroczyć metę po 12 godzinach i 34 minutach zwyciężania umysłu nad ciałem. Bajeczny moment w którym wiesz że żyjesz. Wiesz że zdobyłeś to, do czego dążyłeś i czujesz tę moc którą wzbudziłeś w sobie podczas każdego pokonanego kilometra.81_3rd-141999-DIGITAL_HIGHRES-1373_049145-4061626

Nie wiem gdzie jest granica moich możliwości. Czy w ogóle kiedyś do takiej się dociera? A może jednak człowiek potrafi sięgnąć tak daleko jak sięgają jego marzenia i wyobrażenia, bo możliwe jest wszystko? W każdym razie tutaj mojej granicy nie poznałem. Dobiegłem do mety z bardzo dużym zapasem sił, a Ironman Mallorca był idealnym miejscem na pierwszy raz (ciepły piasek, szum morza, ciepły letni deszcz ;p). Pięknym wspomnieniem, i nie zamieniłbym ani jednej trudnej chwili z trasy, na jakąś łatwiejszą. I ulewa, i burza, i góry, i morze. Wszystko nadało temu wyjątkowy smak, którego się nie zapomina. Czuję to wciąż w sobie. To było coś więcej niż zawody. 

Hmmm. A może, kiedyś się pokuszę o 16 razy Ironman w 16 dni w 16 województwach, albo 27 razy Ironman w 27 dni w 27 krajach unii europejskiej? Dlaczego? Bo mogę!! 😉 No ale to już melodia szyta grubą kasą.

 

http://go.pl.bbelements.com/please/code?j-23641.1.24.1.0.0._blank
Previous post

Wkręceni W Doping...

Next post

Budujemy Twoje Ciało

2 komentarze

  1. […] (adsbygoogle = window.adsbygoogle || []).push({}); Artykuł pochodzi z bloga Apetyt na sport. Aby przeczytać cały wpis KLIKNIJ TUTAJ […]

  2. 5 października 2016 at 11:13 — Odpowiedz

    Każdy sukces zaczyna się od „melodii szytej grubą nicią”. Super determinacja, gratulacje!

Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *